Literacki Atlas Radomia. Bomba wybuchła w toalecie

Władysław Zambrzycki
04.02.2012 , aktualizacja: 03.02.2012 17:18
A A A Drukuj
Wybuch, proszę panów, wyrwał kilka belek i desek z tylnej ściany szaletu. Zaczęliśmy uciekać każdy w swoją stronę. Nim dobiegłem do domu, widziałem kozaków, jak galopowali ulicą Lubelską, wyjąc, gwiżdżąc i wywijając młynka nahajkami - tak w książce "Kwatera bożych pomyleńców" pisał Władysław Zambrzycki
Radom z początku XX wieku. Ulica Dmitrjewska, dziś Słowackiego
Fot. archiwum
Radom z początku XX wieku. Ulica Dmitrjewska, dziś Słowackiego
"(...) Rozmawiali samotrzeć bez Afrykandera. Pan Wincenty nie był rad z Quadratusowego wstępu.

- Coś kręcisz - rzekł. - Zapewniałeś przed chwilą, że twoja kariera anarchisty rozpoczęła się od bomby w Radomiu, a teraz dowodzisz, że od zlewu pani Chmielikowskiej.

- No tak, panie Wincenty, od zlewu, który się zepsuł. Bo właśnie z kawałka rury od zlewu zrobiliśmy bombę.

- A, to przepraszam, mów dalej.

- Rurę ściągnął Stasiek Chmielikowski i zaniósł do Antosia, którego ojciec miał warsztat ślusarski. Tam rurę zaszwejsowano z pozostawieniem otworka na lont. Materiał wybuchowy ja przygotowałem. Bierze się pół funta czarnego prochu marki Niedźwiedź, do tego drugie tyle chloranu potasu pomieszanego z cukrem i szczyptę taniny. Czwarty kolega sporządził zapalnik z knota oraz kawałka makaronu włoskiego. W ten sposób powstała bomba. Podłożyliśmy ją pewnej majowej niedzieli tysiąc dziewięćset piątego roku pod damską toaletą w parku miejskim w Radomiu. Następnie ciągnęliśmy węzełki, kto ma podpalić lont...

- Zaraz, zaraz, dlaczego właśnie tam? - spytał pan Wincenty.

- Bo to było najbardziej zaciszne miejsce. Ten drewniany domek stał wśród gęstych zarośli. Upewniwszy się, że nie ma w nim nikogo, Stasiek Chmielikowski, bo na niego padł los, wziął bombę i poszedł, a my trzej staliśmy na czatach.

Wybuch, proszę panów, wyrwał kilka belek i desek z tylnej ściany szaletu. Zaczęliśmy uciekać każdy w swoją stronę. Nim dobiegłem do domu, widziałem kozaków, jak galopowali ulicą Lubelską [obecnie Żeromskiego - przyp. red.], wyjąc, gwiżdżąc i wywijając młynka nahajkami. Pobili wiele osób. Gubernator strasznie się przeraził i nawymyślał policmajstrowi za to, że przez cały dzień nie mógł odnaleźć miejsca wybuchu. Zresztą wszyscy mieszkańcy Radomia nad tym łamali sobie głowy. Kiedy następnego dnia wyszło na jaw, że bomba pękła w damskim zero-zero, zdumienie było wielkie i tłumaczono ten zamach na różne sposoby.

Gubernator widocznie miał sykofantów, bo zdobył nasze nazwiska i kazał nas aresztować. Moich kompanów zamknięto w więzieniu, gdzie przesiedzieli administracyjnie trzy miesiące. Co do mnie, to byłem wtedy na wsi pod Płockiem u krewnych. Przyszli więc moskale do rodziców, oczywiście w nocy, powiedzieli » tielegrama «, zrobili rewizję i odeszli.

Ojciec mój tak się tym zaniepokoił, że ściągnął mnie do Sosnowca i stamtąd wyprawił za granicę. Przepustki sprzedawano wówczas prawie jawnie po półtora rubla w sklepikach żydowskich. Pojechaliśmy obaj do Katowic, gdzie zjadłem z ojcem pożegnalną kolację.

W czasie tej uczty przyznałem się do zamachu na szalet w ogrodzie miejskim, co ojciec ocenił jako jedyny godny uwagi postępek w moim życiu. Potem wsiadłem w pociąg i odjechałem. Trochę mi było żal porzucać ojczyznę, bo czasy zapowiadały się ciekawie. Miałem za sobą strajk szkolny, dorywczą pracę presera w tajnej drukarence, no i praktykę w kolportażu bibuły rewolucyjnej. Z takimi kwalifikacjami zawitałem do Brukseli (...)".

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy