Air Show 2011, krótka historia lotnictwa
23.08.2011
, aktualizacja: 23.08.2011 15:49
Od repliki RWD-5 do supernowoczesnego eurofightera, od Bitwy o Anglię po krwawą jatkę w Somalii. Zapraszamy na Air Show - to nie tylko pokazy mistrzów akrobacji, ale też lekcja historii lotnictwa
ZOBACZ TAKŻE
- Będzie międzynarodowo na radomskim niebie (26-08-11, 10:55)
- "Złe" migi i "dobre" jastrzębie (23-08-11, 15:45)
- Latające Byki przeczą prawu grawitacji (23-08-11, 15:51)
- Air Show Radom 2011 [RELACJA NA ŻYWO] (26-08-11, 16:46)
W ostatni weekend sierpnia na lotnisku na Sadkowie w Radomiu zaroi się od maszyn różnych typów, gabarytów, a co najważniejsze - w różnym wieku. I chwała za to organizatorom pokazów. Air Show to wszak święto lotnictwa, nie tylko tego najnowocześniejszego i najszybszego. Warto przyjechać do Radomia, by zobaczyć, jak dawnej się latało.
Na początek RWD-5R, który na tle zabójczych potworów wygląda jak z zupełnie innej bajki. Nie ma imponujących osiągów, nie jest uzbrojony, nie da się na nim wykonywać akrobacji lotniczych i w ogóle mówiąc delikatnie... trąci myszką. Co w nim więc takiego ciekawego?
Należący do Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego EAA 991 samolot to wierna replika polskiej awionetki sportowo-turystycznej z 1931 r. Ten mały samolocik na trwałe zapisał się w historii lotnictwa za sprawą pilota Stanisława Skarżyńskiego, który dokonał na nim nie lada wyczynu. W maju 1933 roku na specjalnie przebudowanej wersji oznaczonej RWD-5bis (dodatkowe zbiorniki paliwa wstawiono kosztem miejsca pasażera) Skarżyński odbył trwający 20,5 godziny (z czego 17 godzin nad oceanem) lot z Senegalu do Brazylii. Co w tym niezwykłego, skoro tysiące samolotów latają na tej trasie, a i przed wojną odbywano loty transoceaniczne? Zgoda, ale nie na tak małych maszynach. Dość powiedzieć, że do dzisiaj RWD-5 jest najmniejszym z samolotów, którym udało się Atlantyk przelecieć. Niestety, ani ta, ani żadna z wielu innych udanych konstrukcji polskich inżynierów nie przetrwała II wojny światowej. Ale dzięki takim ludziom jak członkowie Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego w pewnym sensie tradycje lotnictwa II RP są kontynuowane. Zbudowana przez jego członków replika poza kilkoma drobnymi szczegółami niczym od oryginału się nie różni, ma również porównywalne z pierwowzorem osiągi.
Czy nie było pokusy, by powtórzyć dokonanie Skarżyńskiego? - Oczywiście była i jest, ale to niewykonalne ze względów finansowych i technicznych, bo trzeba by zamontować dodatkowe zbiorniki paliwa - mówi Jerzy Kołodziej, wiceprezes SLE EAA 991.
Zbudowany ze społecznych składek samolot stacjonuje na co dzień na lotnisku Aeroklubu Podhalańskiego w Łososinie Dolnej. Celem Stowarzyszenia jest jak najszersza prezentacja RWD-5R w locie jako przykładu bądź co bądź rodzimej myśli technicznej.
- Niestety, jego utrzymanie i ubezpieczenie sporo kosztują. Dlatego samolot wzbija się w powietrze tylko przy okazji imprez lotniczych. Na Air Show jesteśmy od samego początku, kiedy jeszcze odbywał się w Dęblinie - mówi Kołodziej.
Stąd pomysł, by RWD-5R sam na siebie trochę zarobił, odbywając loty widokowe. Gdyby więc ktoś zawitał w okolice Łososiny Dolnej i chciał na własnej skórze przekonać się o zaletach tego samolotu, a przy okazji obejrzeć Podhale z lotu ptaka, może umówić się na lot telefonicznie. - Cały dochód przeznaczony jest na utrzymanie RWD-5R - podkreśla wiceprezes.
Bliższe informacje na stronie www.sle.malopolska.pl.
Pora na maszyny bojowe. Brytyjski myśliwiec Spitfire to jedna z ikon II wojny światowej, uczestnik Bitwy o Anglię, na którym latali również polscy piloci, w tym ci z najsłynniejszego Dywizjonu Myśliwskiego 303. Przez 12 lat z linii montażowych zjechało w sumie ponad 20 tys. sztuk w 22 różnych wariantach. Przez ten czas ciągle był ulepszany, by dorównać kolejnym wersjom messerschmittów. Ostatnie egzemplarze pod względem osiągów przewyższały prototyp kilkakrotnie: moc silnika wzrosła dwa razy, maksymalna masa startowa i prędkość wznoszenia ponad dwukrotnie, siła ognia aż pięciokrotnie.
Spośród kilku odrestaurowanych przez Royal Air Force Battle of Britain Memorial Flight egzemplarzy do Radomia przyleci maszyna wyprodukowana w 1941 roku, która przeszła bardzo burzliwy szlak bojowy. Smaczku dodaje fakt, że malowanie tego spitfire'a zaprojektował Jan Zumbach z Dywizjonu 303, as lotnictwa z czasów II wojny światowej. Na kadłubie maszyny dostrzec można postać Kaczora Donalda. Nieco zadziorna postać z kreskówki Disneya była jednym z wojennych przydomków Zumbacha.
BBMF to nic innego jak muzeum lotnictwa na kołach, a w zasadzie na skrzydłach. Grupa stacjonuje w bazie RAF-u w Lincolnshire. Zgromadzona tam flota składa się m.in. ze wspomnianych spitfire'ów (w sumie pięciu), a także dwóch hurricane'ów, bombowca Avro Lancaster oraz amerykańskiego transportowca C-47 Dakota (ten ostatni też zawita do Radomia). Anglicy pieczołowicie przywracają do życia kolejne zabytkowe już maszyny i przy każdej okazji z dumą prezentują je w powietrzu. Przedsięwzięciu patronuje sam książę William, kapitan RAF-u.
I jeszcze jeden weteran. Dwukadłubowa sylwetka P-38 Lighting z potężnymi silnikami i malutką kabiną jest nie do pomylenia z żadnym innym samolotem z czasów II wojny światowej. Była to konstrukcja bardzo nowatorska w owym czasie (projekt firmy Lockheed powstał w odpowiedzi na konkurs ogłoszony przez armię w 1937 r.). Okazał się być doskonałą odpowiedzią na messerschmitta ME-109. Ale nie tylko. Generał George Kenny, który dowodził siłami powietrznymi aliantów na południowo-zachodnim Pacyfiku, o P-38 mawiał: "mój najlepszy sposób na Japończyków".
Prezentowany egzemplarz po zwolnieniu w 1945 roku "do cywila" rozpoczął karierę sportową w lotniczych wyścigach, niezwykle popularnych w USA. Aż do 2001 roku, kiedy jeden z jego silników stanął w płomieniach gdzieś nad Missisippi, po czym runął na pole bawełny. Renowacja zgruchotanego kadłuba zajęła osiem lat. Za to gdy się teraz na niego patrzy, aż trudno uwierzyć, przez co przeszedł. P-38 ze stajni Flying Bulls jest najlepiej zachowanym egzemplarzem tego amerykańskiego myśliwca z czasów II wojny światowej. Jego metaliczna powierzchnia lśni w pełnym słońcu niczym błyskawica. Wizyta P-38 w Radomiu będzie nie lada gratką dla miłośników lotnictwa z okresu II wojny światowej. Tym bardziej że samolot nie tylko wykona przelot nad lotniskiem, ale będzie go także można podziwiać z bliska na wystawie statycznej.
A to zaledwie malutki fragment imponującej kolekcji należącej do austriackiego miliardera, twórcy marki Red Bull - Dietricha Mateschitza. Ten ekscentryczny biznesmen zgromadził tak wiele perełek lotnictwa, że aż dech z zazdrości zapiera. Czegóż tam nie ma? Zabytkowy dwupłatowiec PT-17 Stearman, ale i całkiem współczesne cztery alpha jety, waleczny, paliwożerny vought f4 corsair i dostojny douglas DC-6B (własność jugosłowiańskiego przywódcy komunistycznego Josipa Broz Tito), bombowiec B-25J Mitchell i pokaźna flota cywilnych i wojskowych śmigłowców. A to nie wszystko. Kto chciałby obejrzeć te i inne cacka nie tylko w powietrzu, ale całkiem z bliska, powinien odwiedzić Salzburg. Flota spod znaku Latających Byków stacjonuje na co dzień na tamtejszym lotnisku, w specjalnie do tego celu zaprojektowanym hangarze. Myli się jednak ten, kto pomyśli o topornej blaszanej hali. Budynek oznaczony jako Hangar 7 jest pięknie zaprojektowaną przeszkloną bryłą i stanowi architektoniczną perełkę tego austriackiego miasta. Hangar 7 to w istocie centrum wystawiennicze, z licznymi wystawami, restauracją, galerią.
Szybki skok w czasy "zimnej wojny". Su-22 to eksportowa wersja samolotu szturmowo-bombowego Su-17, powstałego pod koniec lat 60. w ZSRR. Do Polski pierwsze egzemplarze Su-22 zaczęły trafiać na początku lat 80. Przez długi czas były jednymi z najliczniej (obok MiG-ów 21) eksploatowanych maszyn w polskim lotnictwie. "Suczki" (jak nazywają je pieszczotliwie piloci) napędzane są jednym silnikiem, a cechami charakterystycznymi ich sylwetek jest zmienna geometria skrzydeł i wlot powietrza na dziobie. Pewnie za sprawą tych rozwiązań Su-22 uchodził za jedną z ładniejszych i bardziej lubianych przez polskich pilotów maszyn. Ale choć na wyposażeniu polskich sił powietrznych nadal pozostaje kilkadziesiąt egzemplarzy, to pod względem technologicznym konstrukcja ta nie przystaje od dawna do wymogów współczesnego pola walki.
Na tegorocznym Air Show pojawią się dwa egzemplarze w rodzimych barwach. Para pilotów z 21. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie przygotowała ponoć atrakcyjny dynamiczny pokaz z pozorowanym atakiem na cele naziemne. Być może będzie to jedna z ostatnich okazji do obejrzenia Su-22 z biało-czerwoną szachownicą na ogonie w locie. Od kilku lat trwają bowiem dyskusje o konieczności zastąpienia wyeksploatowanych i przestarzałych "suczek" nowszymi samolotami. Póki co żadne decyzje na ten temat nie zapadły.
Będzie też bohater krwawej jatki w Somalii - S-70 Black Hawk. To ten helikopter stanął w ogniu w filmowej opowieści Ridleya Scotta o bitwie w Mogadiszu, którą amerykańscy żołnierze stoczyli w stolicy Somalii 18 lat temu. "Czarny Jastrząb" to amerykański wielozadaniowy śmigłowiec zaprojektowany pod koniec lat 70. przez firmę Sikorsky. Może służyć do transportu żołnierzy (nawet 20), ewakuacji rannych, a także wsparcia piechoty na polu walki. Wśród wielu wersji śmigłowca jest również VIP-owska VH-60N, nosząca miano Presidential Hawk. Luksusowo wyposażonymi i wyciszonymi VH-60N latają prezydent i członkowie gabinetu. Na Sadkowie pojawi się polski black hawk z mieleckich zakładów lotniczych należących do firmy Sikorsky.
Na koniec cacko najeżone elektroniką - eurofighter typhoon. Przedstawiciel myśliwców tzw. generacji 4,5 (technologicznie pomiędzy F-16 a F-22). To owoc kooperacji hiszpańsko-włosko-niemiecko-brytyjskiej. Każdy egzemplarz składany jest z części produkowanych w czterech fabrykach; jest lekki, bo zbudowany głównie z włókien węglowych i szklanych oraz aluminium i tytanu. W kabinie "Tajfuna" nie ma ani jednego zegara albo innego analogowego wskaźnika. Wszelkie parametry lotu, sytuację taktyczną czy informacje o zagrożeniach pilot odczytuje na trzech kolorowych monitorach. Tym samolotem steruje się nie tylko za pomocą rąk, ale również... głosu. Specjalny system DVI (Direct Voice Input) rozpoznaje zarejestrowany wcześniej wzorzec głosu pilota i reaguje na jego komendy. Zamiast na "klawiszologii" pilot może skoncentrować się na walce albo obronie.
Podczas Air Show typhoon Luftwaffe będzie do obejrzenia na płycie lotniska.
Na początek RWD-5R, który na tle zabójczych potworów wygląda jak z zupełnie innej bajki. Nie ma imponujących osiągów, nie jest uzbrojony, nie da się na nim wykonywać akrobacji lotniczych i w ogóle mówiąc delikatnie... trąci myszką. Co w nim więc takiego ciekawego?
Należący do Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego EAA 991 samolot to wierna replika polskiej awionetki sportowo-turystycznej z 1931 r. Ten mały samolocik na trwałe zapisał się w historii lotnictwa za sprawą pilota Stanisława Skarżyńskiego, który dokonał na nim nie lada wyczynu. W maju 1933 roku na specjalnie przebudowanej wersji oznaczonej RWD-5bis (dodatkowe zbiorniki paliwa wstawiono kosztem miejsca pasażera) Skarżyński odbył trwający 20,5 godziny (z czego 17 godzin nad oceanem) lot z Senegalu do Brazylii. Co w tym niezwykłego, skoro tysiące samolotów latają na tej trasie, a i przed wojną odbywano loty transoceaniczne? Zgoda, ale nie na tak małych maszynach. Dość powiedzieć, że do dzisiaj RWD-5 jest najmniejszym z samolotów, którym udało się Atlantyk przelecieć. Niestety, ani ta, ani żadna z wielu innych udanych konstrukcji polskich inżynierów nie przetrwała II wojny światowej. Ale dzięki takim ludziom jak członkowie Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego w pewnym sensie tradycje lotnictwa II RP są kontynuowane. Zbudowana przez jego członków replika poza kilkoma drobnymi szczegółami niczym od oryginału się nie różni, ma również porównywalne z pierwowzorem osiągi.
Czy nie było pokusy, by powtórzyć dokonanie Skarżyńskiego? - Oczywiście była i jest, ale to niewykonalne ze względów finansowych i technicznych, bo trzeba by zamontować dodatkowe zbiorniki paliwa - mówi Jerzy Kołodziej, wiceprezes SLE EAA 991.
Zbudowany ze społecznych składek samolot stacjonuje na co dzień na lotnisku Aeroklubu Podhalańskiego w Łososinie Dolnej. Celem Stowarzyszenia jest jak najszersza prezentacja RWD-5R w locie jako przykładu bądź co bądź rodzimej myśli technicznej.
- Niestety, jego utrzymanie i ubezpieczenie sporo kosztują. Dlatego samolot wzbija się w powietrze tylko przy okazji imprez lotniczych. Na Air Show jesteśmy od samego początku, kiedy jeszcze odbywał się w Dęblinie - mówi Kołodziej.
Stąd pomysł, by RWD-5R sam na siebie trochę zarobił, odbywając loty widokowe. Gdyby więc ktoś zawitał w okolice Łososiny Dolnej i chciał na własnej skórze przekonać się o zaletach tego samolotu, a przy okazji obejrzeć Podhale z lotu ptaka, może umówić się na lot telefonicznie. - Cały dochód przeznaczony jest na utrzymanie RWD-5R - podkreśla wiceprezes.
Bliższe informacje na stronie www.sle.malopolska.pl.
Pora na maszyny bojowe. Brytyjski myśliwiec Spitfire to jedna z ikon II wojny światowej, uczestnik Bitwy o Anglię, na którym latali również polscy piloci, w tym ci z najsłynniejszego Dywizjonu Myśliwskiego 303. Przez 12 lat z linii montażowych zjechało w sumie ponad 20 tys. sztuk w 22 różnych wariantach. Przez ten czas ciągle był ulepszany, by dorównać kolejnym wersjom messerschmittów. Ostatnie egzemplarze pod względem osiągów przewyższały prototyp kilkakrotnie: moc silnika wzrosła dwa razy, maksymalna masa startowa i prędkość wznoszenia ponad dwukrotnie, siła ognia aż pięciokrotnie.
Spośród kilku odrestaurowanych przez Royal Air Force Battle of Britain Memorial Flight egzemplarzy do Radomia przyleci maszyna wyprodukowana w 1941 roku, która przeszła bardzo burzliwy szlak bojowy. Smaczku dodaje fakt, że malowanie tego spitfire'a zaprojektował Jan Zumbach z Dywizjonu 303, as lotnictwa z czasów II wojny światowej. Na kadłubie maszyny dostrzec można postać Kaczora Donalda. Nieco zadziorna postać z kreskówki Disneya była jednym z wojennych przydomków Zumbacha.
BBMF to nic innego jak muzeum lotnictwa na kołach, a w zasadzie na skrzydłach. Grupa stacjonuje w bazie RAF-u w Lincolnshire. Zgromadzona tam flota składa się m.in. ze wspomnianych spitfire'ów (w sumie pięciu), a także dwóch hurricane'ów, bombowca Avro Lancaster oraz amerykańskiego transportowca C-47 Dakota (ten ostatni też zawita do Radomia). Anglicy pieczołowicie przywracają do życia kolejne zabytkowe już maszyny i przy każdej okazji z dumą prezentują je w powietrzu. Przedsięwzięciu patronuje sam książę William, kapitan RAF-u.
I jeszcze jeden weteran. Dwukadłubowa sylwetka P-38 Lighting z potężnymi silnikami i malutką kabiną jest nie do pomylenia z żadnym innym samolotem z czasów II wojny światowej. Była to konstrukcja bardzo nowatorska w owym czasie (projekt firmy Lockheed powstał w odpowiedzi na konkurs ogłoszony przez armię w 1937 r.). Okazał się być doskonałą odpowiedzią na messerschmitta ME-109. Ale nie tylko. Generał George Kenny, który dowodził siłami powietrznymi aliantów na południowo-zachodnim Pacyfiku, o P-38 mawiał: "mój najlepszy sposób na Japończyków".
Prezentowany egzemplarz po zwolnieniu w 1945 roku "do cywila" rozpoczął karierę sportową w lotniczych wyścigach, niezwykle popularnych w USA. Aż do 2001 roku, kiedy jeden z jego silników stanął w płomieniach gdzieś nad Missisippi, po czym runął na pole bawełny. Renowacja zgruchotanego kadłuba zajęła osiem lat. Za to gdy się teraz na niego patrzy, aż trudno uwierzyć, przez co przeszedł. P-38 ze stajni Flying Bulls jest najlepiej zachowanym egzemplarzem tego amerykańskiego myśliwca z czasów II wojny światowej. Jego metaliczna powierzchnia lśni w pełnym słońcu niczym błyskawica. Wizyta P-38 w Radomiu będzie nie lada gratką dla miłośników lotnictwa z okresu II wojny światowej. Tym bardziej że samolot nie tylko wykona przelot nad lotniskiem, ale będzie go także można podziwiać z bliska na wystawie statycznej.
A to zaledwie malutki fragment imponującej kolekcji należącej do austriackiego miliardera, twórcy marki Red Bull - Dietricha Mateschitza. Ten ekscentryczny biznesmen zgromadził tak wiele perełek lotnictwa, że aż dech z zazdrości zapiera. Czegóż tam nie ma? Zabytkowy dwupłatowiec PT-17 Stearman, ale i całkiem współczesne cztery alpha jety, waleczny, paliwożerny vought f4 corsair i dostojny douglas DC-6B (własność jugosłowiańskiego przywódcy komunistycznego Josipa Broz Tito), bombowiec B-25J Mitchell i pokaźna flota cywilnych i wojskowych śmigłowców. A to nie wszystko. Kto chciałby obejrzeć te i inne cacka nie tylko w powietrzu, ale całkiem z bliska, powinien odwiedzić Salzburg. Flota spod znaku Latających Byków stacjonuje na co dzień na tamtejszym lotnisku, w specjalnie do tego celu zaprojektowanym hangarze. Myli się jednak ten, kto pomyśli o topornej blaszanej hali. Budynek oznaczony jako Hangar 7 jest pięknie zaprojektowaną przeszkloną bryłą i stanowi architektoniczną perełkę tego austriackiego miasta. Hangar 7 to w istocie centrum wystawiennicze, z licznymi wystawami, restauracją, galerią.
Szybki skok w czasy "zimnej wojny". Su-22 to eksportowa wersja samolotu szturmowo-bombowego Su-17, powstałego pod koniec lat 60. w ZSRR. Do Polski pierwsze egzemplarze Su-22 zaczęły trafiać na początku lat 80. Przez długi czas były jednymi z najliczniej (obok MiG-ów 21) eksploatowanych maszyn w polskim lotnictwie. "Suczki" (jak nazywają je pieszczotliwie piloci) napędzane są jednym silnikiem, a cechami charakterystycznymi ich sylwetek jest zmienna geometria skrzydeł i wlot powietrza na dziobie. Pewnie za sprawą tych rozwiązań Su-22 uchodził za jedną z ładniejszych i bardziej lubianych przez polskich pilotów maszyn. Ale choć na wyposażeniu polskich sił powietrznych nadal pozostaje kilkadziesiąt egzemplarzy, to pod względem technologicznym konstrukcja ta nie przystaje od dawna do wymogów współczesnego pola walki.
Na tegorocznym Air Show pojawią się dwa egzemplarze w rodzimych barwach. Para pilotów z 21. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie przygotowała ponoć atrakcyjny dynamiczny pokaz z pozorowanym atakiem na cele naziemne. Być może będzie to jedna z ostatnich okazji do obejrzenia Su-22 z biało-czerwoną szachownicą na ogonie w locie. Od kilku lat trwają bowiem dyskusje o konieczności zastąpienia wyeksploatowanych i przestarzałych "suczek" nowszymi samolotami. Póki co żadne decyzje na ten temat nie zapadły.
Będzie też bohater krwawej jatki w Somalii - S-70 Black Hawk. To ten helikopter stanął w ogniu w filmowej opowieści Ridleya Scotta o bitwie w Mogadiszu, którą amerykańscy żołnierze stoczyli w stolicy Somalii 18 lat temu. "Czarny Jastrząb" to amerykański wielozadaniowy śmigłowiec zaprojektowany pod koniec lat 70. przez firmę Sikorsky. Może służyć do transportu żołnierzy (nawet 20), ewakuacji rannych, a także wsparcia piechoty na polu walki. Wśród wielu wersji śmigłowca jest również VIP-owska VH-60N, nosząca miano Presidential Hawk. Luksusowo wyposażonymi i wyciszonymi VH-60N latają prezydent i członkowie gabinetu. Na Sadkowie pojawi się polski black hawk z mieleckich zakładów lotniczych należących do firmy Sikorsky.
Na koniec cacko najeżone elektroniką - eurofighter typhoon. Przedstawiciel myśliwców tzw. generacji 4,5 (technologicznie pomiędzy F-16 a F-22). To owoc kooperacji hiszpańsko-włosko-niemiecko-brytyjskiej. Każdy egzemplarz składany jest z części produkowanych w czterech fabrykach; jest lekki, bo zbudowany głównie z włókien węglowych i szklanych oraz aluminium i tytanu. W kabinie "Tajfuna" nie ma ani jednego zegara albo innego analogowego wskaźnika. Wszelkie parametry lotu, sytuację taktyczną czy informacje o zagrożeniach pilot odczytuje na trzech kolorowych monitorach. Tym samolotem steruje się nie tylko za pomocą rąk, ale również... głosu. Specjalny system DVI (Direct Voice Input) rozpoznaje zarejestrowany wcześniej wzorzec głosu pilota i reaguje na jego komendy. Zamiast na "klawiszologii" pilot może skoncentrować się na walce albo obronie.
Podczas Air Show typhoon Luftwaffe będzie do obejrzenia na płycie lotniska.
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień





