Radomianin zdobył Aconcaguę
15.03.2009
, aktualizacja: 15.03.2009 15:53
Kilkanaście dni gorączkowego oczekiwania i wreszcie "okno pogodowe", potem 10,5 godz. walki ze śniegiem, wiatrem, temperaturą i udało się! Piotr Pudzianowski zdobył Aconcaguę (6959 m n.p.m.), najwyższy szczyt Ameryki Południowej
W wyprawie brało udział 18 osób głównie z Polski, ale tylko sześciu wspinaczom udało się wejść na szczyt. - Nie ukrywam, że jestem zadowolony. Cieszę się, że mój organizm poradził sobie i mój sprzęt także, choć był dosyć skromny - śmieje się Piotr Pudzianowski.
Ale zanim w ogóle udało się wyruszyć na szczyt, przez kilkanaście dni trzeba było czekać w bazie Nido de Condores. - Wyobraź sobie 15 dni w jednym miejscu, gdzie nie ma nic do roboty, śpi się w namiotach i... nie ma się jak umyć. Zostają tylko nawilżające chusteczki - opowiada Piotr. - Byliśmy pod koniec sezonu, tam zaczyna się właśnie jesień. O odpowiednią pogodę było już trudno - dodaje.
Część ekipy zrezygnowała, zawróciła i ruszyła zwiedzać Argentynę. Dwie osoby musiały opuścić bazę, bo dopadły je problemy zdrowotne.
Ale na szczęście dla pozostałych w końcu trafiło się "okno pogodowe" i grupa ruszyła na szczyt. - To był ostatni moment, zbliżał się dzień naszego odlotu do Europy - mówi Pudzianowski.
Najpierw była jedna baza i nocleg, później kolejna baza. Wreszcie 6 marca z samego rana zaatakowali szczyt. Wyruszyło dziesięć osób, na szczyt dotarło sześć, pozostali zawrócili. Z różnych powodów, jednych zawiódł sprzęt, inni szli zbyt wolno, ktoś się przez chwilę zawahał i uznał, że dalej iść nie da rady.
- Najgorszy był wiatr, bardzo silny, dochodzący czasami do prędkości 100 km/godz. Kiedy trafiał się komin wietrzny, kładliśmy się, bo inaczej zwiałoby nas z grani. Leżeliśmy i czekaliśmy, aż się trochę uspokoi i ruszaliśmy dalej - opowiada Piotr. W końcu po 10,5 godz. dotarł na szczyt. - Nieźle sobie poradziłem - skromnie przyznaje. Choć zaznacza, i jemu przytrafiła się kontuzja, odmroził duży palec u nogi, od zimna z twarzy zeszła mu skóra. - Do tej pory palec jest nieco drętwy - mówi Piotr. Ale ani przez chwilę nie zwątpił, że dojdzie na szczyt. - Bałem się tylko w Nido de Condores, że pogoda będzie cały czas zła i nie będziemy mieli nawet szansy spróbować - dodaje.
Kolejny cel na liście Piotra to Kilimandżaro w Afryce. - To będzie wyprawa rodzinna. Ten szczyt jest dużo łatwiejszy niż Aconcagua, więc pojedziemy z żoną - mówi. - Poza tym jeśli kiedyś będę chciał zdobyć Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, to Kilimandżaro będzie już za mną - dodaje. Piotr był już wcześniej na Mont Blanc.
Wyprawę na Aconcaguę pomogły sfinansować Piotrowi Zakład Optyczny Piszewscy, PHU Treker, stowarzyszenie Kocham Radom i Centrum Przygód "Go up".
agnieszka.kepka@radom.agora.pl
Ale zanim w ogóle udało się wyruszyć na szczyt, przez kilkanaście dni trzeba było czekać w bazie Nido de Condores. - Wyobraź sobie 15 dni w jednym miejscu, gdzie nie ma nic do roboty, śpi się w namiotach i... nie ma się jak umyć. Zostają tylko nawilżające chusteczki - opowiada Piotr. - Byliśmy pod koniec sezonu, tam zaczyna się właśnie jesień. O odpowiednią pogodę było już trudno - dodaje.
Część ekipy zrezygnowała, zawróciła i ruszyła zwiedzać Argentynę. Dwie osoby musiały opuścić bazę, bo dopadły je problemy zdrowotne.
Ale na szczęście dla pozostałych w końcu trafiło się "okno pogodowe" i grupa ruszyła na szczyt. - To był ostatni moment, zbliżał się dzień naszego odlotu do Europy - mówi Pudzianowski.
Najpierw była jedna baza i nocleg, później kolejna baza. Wreszcie 6 marca z samego rana zaatakowali szczyt. Wyruszyło dziesięć osób, na szczyt dotarło sześć, pozostali zawrócili. Z różnych powodów, jednych zawiódł sprzęt, inni szli zbyt wolno, ktoś się przez chwilę zawahał i uznał, że dalej iść nie da rady.
- Najgorszy był wiatr, bardzo silny, dochodzący czasami do prędkości 100 km/godz. Kiedy trafiał się komin wietrzny, kładliśmy się, bo inaczej zwiałoby nas z grani. Leżeliśmy i czekaliśmy, aż się trochę uspokoi i ruszaliśmy dalej - opowiada Piotr. W końcu po 10,5 godz. dotarł na szczyt. - Nieźle sobie poradziłem - skromnie przyznaje. Choć zaznacza, i jemu przytrafiła się kontuzja, odmroził duży palec u nogi, od zimna z twarzy zeszła mu skóra. - Do tej pory palec jest nieco drętwy - mówi Piotr. Ale ani przez chwilę nie zwątpił, że dojdzie na szczyt. - Bałem się tylko w Nido de Condores, że pogoda będzie cały czas zła i nie będziemy mieli nawet szansy spróbować - dodaje.
Kolejny cel na liście Piotra to Kilimandżaro w Afryce. - To będzie wyprawa rodzinna. Ten szczyt jest dużo łatwiejszy niż Aconcagua, więc pojedziemy z żoną - mówi. - Poza tym jeśli kiedyś będę chciał zdobyć Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, to Kilimandżaro będzie już za mną - dodaje. Piotr był już wcześniej na Mont Blanc.
Wyprawę na Aconcaguę pomogły sfinansować Piotrowi Zakład Optyczny Piszewscy, PHU Treker, stowarzyszenie Kocham Radom i Centrum Przygód "Go up".
agnieszka.kepka@radom.agora.pl
- 15 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Radomianin zdobył Aconcaguę
obywatelppp
15.03.09, 20:39
Dziękuję wszystkim za gratulacje. Dla ścisłości, choć to może mało istotne dla niezorientowanych w topografii tamtych okolic: na "okno pogodowe" oczekiwaliśmy w bazie o nazwie Plaza de Mulas»
-
Radomianin zdobył Aconcaguę
ania.radom
16.03.09, 08:35
Gratulacje i szacunek. Miło się czyta taką wiadomość tak inną od politycznej kłótni i szarości życia. Powodzenia na Kilimandżaro....»
Najczęściej czytane24 htydzień





