>>
Jeżowe pogotowie
Z Arturem Gadowskim, wokalistą i liderem zespołu IRA, rozmawia Artur Tylmanowski
Zaskoczył mnie gorzki tekst numeru "Spróbuj". Jakiś fan zarzuca w nim artyście, że robi chłam, że zdradził dla kasy. Ktoś cię zaatakował w taki sposób?
- To jest lajtmotiv tych wszystkich komentarzy, które się pojawiają na forach internetowych. Kiedy wypuściliśmy dwie piosenki zwiastujące album, już mogliśmy przeczytać, że "ta nowa IRA to na pewno będzie do dupy" albo że "IRA się skończyła, powinni grać cały czas jak na płycie >>Mój dom<<". To mnie zadziwia, bo ja bym się nigdy nie odważył zrecenzować niczyjej płyty, tym bardziej po usłyszeniu tylko dwóch utworów.
Może to ci fani, których młodość upływała w rytm starych przebojów IRY. Nie rozumiesz ich?
- Nie rozumiem. Podam przykład: jestem fanem zespołu The Beatles od 14 roku życia. Znam wszystkie płyty Beatlesów, co nie oznacza, że mi się wszystkie podobają. Ale - gdybym żył w ich czasach - nigdy nie napisałbym do nich listu typu "Chłopaki, nie możecie tak grać, powinniście zrobić ją jak np. >>A Hard Day's Night<<". To tak, jakbyś chciał kupić obraz znajomego malarza, pod warunkiem, że on przemaluje ci niebo na zielono, trawę na niebiesko i domaluje jeszcze wiewiórkę. Kto wtedy będzie autorem? Ty czy on?
A tobie się nie tęskni za tamtymi czasami?
- Kiedy teraz gramy koncerty, przeżywam bardzo zbliżone emocje do tych, które towarzyszyły mi w latach 90. Ale nie tęsknie za ich powtórzeniem z jednego bardzo prostego powodu: wtedy rzadko kiedy na koncercie słyszałem samego siebie (śmiech).
Ale pierwszy na płycie numer "Z dnia na dzień" przypomina właśnie te z płyty "Mój dom"
- Wiele osób to mówi. My to odbieramy trochę inaczej. Jesteśmy dalej tym samym zespołem, tymi samymi ludźmi. Ale równocześnie jesteśmy o 20 lat starsi niż wtedy. Grając tyle lat, szukamy czegoś innego, chcemy czymś nowym doprawiać tę naszą muzykę. Dlatego są tutaj takie piosenki jak np. "Nie daj mi odejść" z aranżacją, jakiej nigdy wcześniej nie mieliśmy. Często też gramy na przekór tym, którzy uważają, że nie powinniśmy się zmieniać.
Dlaczego w latach 1996-2001 IRA zawiesiła działalność?
- To było po płycie "Ogrody". Wyobraź sobie, że wtedy z dnia na dzień wszystko totalnie się zmieniło. Polska muzyka rockowa przestała być lansowana. Pojawiło się mnóstwo plastiku. Wiele rockowych klubów nagle zamieniło się w dyskoteki! Dotknęło nas to straszliwie. Poczuliśmy się zupełnie niepotrzebni. Przez 9 miesięcy w roku nie zagraliśmy ani jednego koncertu!
Z czego wtedy żyliście?
- To był bardzo trudny czas. Były takie momenty, że sprzedawałem butelki, by rano kupić chleb. Przez te pięć lat udało mi się nagrać dwie płyty solo oraz muzykę do programów telewizyjnych. A chłopaki różnych rzeczy się imali. Potem wyemigrowaliśmy na chwilę do Stanów. Byłem malarzem pokojowym. Pracowałem 10-11 godzin na budowie, wracałem do mieszkania, myłem się i leciałem na próbę. Spałem w ten sposób 4,5 godzin na dobę i tak się funkcjonowało. Potem się odmieniło.
Zdaje się, że dodatkowo zaszkodziła wam nazwa zespołu. Słyszałem, że mieliście już dopięty na ostatni guzik wyjazd, aż tu nagle okazało się, że... odmówiono wam wstępu do Londynu.
- Nie tylko do Londynu, ale nawet do całej Anglii! Na tydzień przed wyjazdem dostaliśmy odmowę. Jacyś działacze polonijni przestraszyli się nazwy. Irlandzki "Star" napisał duży artykuł na ten temat. I się zaczęło. Jakaś irlandzka rozgłośnia radiowa zaczęła prosić o nasze piosenki i tłumaczenia tekstów. Puszczali nas na antenie i mówili "To jest ta siła, której się przestraszyli londyńczycy i nie wpuścili do siebie na koncerty!" (śmiech).
Ale potem wydaliście płytę "Londyn 08:15" i chyba już wtedy wam odpuścili...
- Nie! Trzy razy mieliśmy jechać tam na koncert i trzy razy nie udało nam się wjechać.
Pozostałe kraje was wpuszczają?
- Tak. W tym roku byliśmy np. w Austrii. Czekamy teraz na wizy pracownicze i w planach na luty 2010 mamy koncerty w USA. Jak dostaniemy wizy, to polecimy.