Poniedzielski: Jestem ostrożnym optymistą

Katarzyna M. Wiśniewska
04.02.2012 , aktualizacja: 03.02.2012 16:58
A A A Drukuj
Mistrz poetyckiej parafrazy, poeta, bard, satyryk. Na jego występ w Muzeum Gombrowicza we Wsoli przybyły tłumy. O świętym żalu, nieustającym zdziwieniu i odwiedzinach gości z kosmosu opowiada Andrzej Poniedzielski
Andrzej Poniedzielski
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Andrzej Poniedzielski
Katarzyna M. Wiśniewska: Wiem, że jest pan sympatykiem definiowania. Czy pokusiłby się pan o zdefiniowanie Andrzeja Poniedzielskiego?

Andrzej Poniedzielski: (śmiech) Chyba bym go nie definiował, zbyt dobrze się znamy. Definicja jest rodzajem naukowej lub paranaukowej wypowiedzi, a definiować kogoś, z kim jednak łączą mnie pozanaukowe kontakty byłoby trudno. Ja sobie tak pląsam po różnych dziedzinach około sztuki, po lżejszych formach, czasem bywam poetą, czasem kabareciarzem. Właściwie wolałbym nie używać słowa kabareciarz, bo definicja kabaretu się zmieniła nieco. Kabaretu rozumianego jako sposób na współprzebywanie ludzi, publiczności i artystów w jednym miejscu z zamiarem niekrępującego intelektualnie i uczuciowo przeżywania świata. Toteż w moim kabarecie powinien być czas na smutek, na refleksję, na żal nawet, ale i czas na śmiech niewymuszony raczej, nieśmiało sugerowany. Wymyślam różne rzeczy w okolicy słowa i muzyki.

Jest pan Mistrzem Mowy Polskiej 2011 roku. Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której na Ziemię przybywają inteligentne formy życia z kosmosu. Co pan, jako ów mistrz mowy, by im powiedział?

- Myślę, że nic bym nie mówił, tylko pokazałbym im osiągnięcia ludzkości. A potem pokazałbym im formy działania ludzkości, które są zaprzeczeniem tych dobrych działań. I jak bym im już te dwie skrajności pokazał, czyli obszar bezkresnej ludzkiej mądrości i obszar równie bezkresnej ludzkiej głupoty, to bym stanął przed nimi i powiedział: i tak to tu u nas jest, a u was?

Czy ma pan swoje ulubione słowo?

- One się zmieniają. Ostatnio mi się spodobało słowo nicpoń. Przyjrzałem się mu, gdyby je analizować, to znaczy "nic nam po nim". Ale ono ma też miłe konotacje, pamiętam, że babcia moja mówiła nicponie na wnuczki, gdy coś narozrabialiśmy. Próbuję podtrzymywać żywotność dawno zapomnianych słów.

A słowo, którego wyjątkowo pan nie lubi?

- Nie lubię słowa "lub", nie rozkazu, tylko rozumianego jako "albo", choć to nie to samo znaczy. Słowo "lub" zwiastuje kompromis, a kompromis to nie jest dobra sytuacja.

Dobrze się pan czuje we współczesności?

- Średnio, ale nie narzekam. Wiem, że to już nie moja epoka, to epoka przygotowana na tych, którzy będą w niej żyli, więc nie mam co się roztkliwiać. I tak mam lepiej niż ludzie starsi ode mnie, którzy pamiętają rzeczy i sytuacje, które na pewno już nie zaistnieją. Wydaje mi się, że tak spozieram na to łagodnie dosyć. Ta epoka niweluje użyteczność wyobraźni, podaje gotowe obrazki i ludzka wyobraźnia nie musi być uruchamiana. Tu bym upatrywał źródła nieszczęścia, ale przecież nie musi tak być.

A gdyby była możliwość przeniesienia się w czasie i miejscu, czy jest taka czasoprzestrzeń, którą pan sobie szczególnie upodobał?

- Na nic innego nie wpadłem przez całe życie i poszedłbym za Bułatem Okudżawą, który powiedział, że szczęście wyobraża sobie jako taką sytuację: żyje w XIX wieku i jest drobnym posiadaczem ziemskim. Ale warunkiem jest, że wszyscy inni ludzie są drobnymi posiadaczami ziemskimi. W tym zawarta jest tajemnica bycia szczęśliwym wśród ludzi, że ogromnie trzeba dbać o odległość od drugiego człowieka, ona musi być nie za bliska i nie za daleka.

Czytałam na blogu chlip-hop, który prowadzi pan z Magdą Umer, pana spostrzeżenia na temat handlu chandrą. Czy w ten nurt wpisuje się sztucznie podsycana panika przed końcem świata w 2012 roku?

- Nie podzielam tego pesymizmu. Wydaje mi się, że to jest troszkę taka nasza narodowa cecha, zaczynamy dzień od utyskiwania. Nie jestem też zwolennikiem amerykańskiego sposobu typu "how are you?" i uśmiechu od ucha do ucha. Powinniśmy znaleźć swój sposób, nazwijmy go np. słowiańskim, równoważenia optymizmu i pesymizmu, bo najwyraźniej ani jedno, ani drugie nam nie wychodzi. Jest pewna skłonność narodowa, tak, jak w kulturze anglosaskiej jest ten mityczny święty Graal, to my mamy święty żal i poszukujemy go w każdym działaniu, lubimy się wzruszyć, popłakać nad czymś, co jest mało tego warte. Jestem zwolennikiem teorii takiego zrównoważonego optymizmu, nienachalnego, wyjścia z założenia, że człowiek ani w smutek, ani w radość nie powinien chcieć popadać. Przywołując moje inżynierskie skłonności powiem, że człowiek, jak woda, w trzech stanach przebywa. Jest więc stan smutku, stan optymizmu i stan równowagi chwiejnej między jednym a drugim. Ja jestem ostrożnym optymistą.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów